Burmistrz Lewina Brzeskiego zaprasza do korzystania z bezpłatnego mobilnego systemu powiadamiania i ostrzegania SISMS. Zarejestruj się już dziś na stronie: https://www.sisms.pl/rejestracja/nadawca/00129225/Gmina-Lewin-Brzeski

×
Wyszukaj w serwisie
×

Polska Złota Jesień w Złotym Stoku

 

Polska Złota Jesień w Złotym Stoku

           28 września 2013 roku dzieci ze Świetlicy Terapeutycznej w Lewinie Brzeskim wzięły udział w wycieczce do Złotego Stoku. Wycieczka odbyła się w ramach projektu „ Świetlica Kuźnią Talentów…”.

 

To nie pierwsza wizyta Świetlicy w tym miejscu, jednak pierwsza o tej porze roku (pogoda słoneczna i bajeczna) i z takimi atrakcjami. Spytacie zapewne, z jakimi. Tym razem zwiedzaliśmy Kopalnię Złota z fabułą.

 

O szczegółach dowiecie się z tekstu młodej, utalentowanej osoby, która jest jedną z uczestniczek naszego wyjazdu. Ania Domagała – mieszkanka Lewina, uczennica klasy szóstej, dziewczyna z literackim polotem, laureatka ogólnopolskiego konkursu literackiego pod patronatem Martyny Wojciechowskiej. Konkursowy tekst Ani na temat wycieczki do Osówki ukazał się w wydaniu specjalnym dwutygodnika „Gala”. Jego autorka natomiast, pojechała do Warszawy, gdzie osobiście odebrała nagrody z rąk Martyny Wojciechowskiej.

 

Tak, tak… udało nam się złowić naprawdę duży talent. Jej relacje z wycieczek (z serii „Moja przygoda z podróżami”) będziemy umieszczać co tydzień. Zapraszamy do miłej lektury.

 

Projekt „Świetlica Kuźnią talentów dla dzieci, rodziców, wolontariuszy, stażystów  i seniorów” jest finansowany przez Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej w ramach konkursu „Świetlica – Dzieci – Praca”, przy wkładzie własnym Gminy Lewin Brzeski.

 

 

  Moja przygoda z podróżami – część I

 

 

         Hej! To ja, Ania. Pamiętacie pewnie moje pierwsze opowiadanie o wycieczce do Osówki. Teraz mam zamiar kontynuować moją podróż z Wami. Ostatnio dostałam propozycję pisania do kroniki w Świetlicy Terapeutycznej w naszym mieście, więc od dzisiaj piszę o wszystkich wycieczkach, w jakich będę brała udział.  Tak więc zaczynam od Złotego Stoku.

 

Po półtorej godzinie jazdy  autokarem , świeże powietrze działało niezwykle kojąco( w czasie podróży nie można było otwierać okien, a w środku było bardzo gorąco i duszno). Byłam troszkę zmęczona długą drogą,  ale takie są uroki wycieczek- pomyślałam patrząc  na piękny krajobraz górski .

Po przyjeździe do Złotego Stoku od razu poszłam  w stronę pamiątek. Mieliśmy  trochę czasu żeby  coś kupić. Następnie pani zabrała nas na ognisko. Mogliśmy tam piec kiełbaski i nie tylko( niektórzy przypiekali chrupki kukurydziane). Miałam chwilę, żeby odpocząć i zjeść coś ciepłego. W górach jest bardzo zimno, a ja marznę nawet, kiedy w sali jest lekko otwarte okno.

 Kiedy wróciliśmy z obiadu czekał już na nas przewodnik. Z wielkim entuzjazmem podzieliliśmy się na trzy zespoły. Każda drużyna wybrała skarbnika, który miał za zadanie przechowywać  sakwę z monetami i mapy otrzymane od przewodnika (w naszej grupie skarbnikiem została Pani Dyrektor).

 Zaczęliśmy od pierwszego zadania które polegało na wypłukiwaniu złota. Była to wspaniała zabawa, pomimo tego, że woda była zimna. Całe złoto umieściliśmy w fiolce, chociaż każdy chciał troszkę przemycić do domu. Następnie przewodnik zaprowadził nas na ściankę wspinaczkową. Było to niezwykle trudne (ale też bardzo emocjonujące) zadanie i niestety tylko jedna osoba potrafiła  wspiąć się na samą górę. Ze strachem patrzyliśmy, gdy Patrycja była już prawie u celu. Gdyby nie ona, na pewno nie udałoby nam się zaliczyć tego zadania. Sama też spróbowałam. Niestety , moje ręce i nogi odmówiły posłuszeństwa, kiedy byłam na wysokości drugiego piętra, ale i tak byłam dumna z tego, że spróbowałam (mam paniczny lęk wysokości). W kilku przypadkach pewne osoby nie dotykały nawet ścianki,  a weszły na samą górę. Sensownym wyjaśnieniem mogła być tylko magia (albo siła wciągającego linę przewodnika).

Następnym etapem było muzeum minerałów. Nauka rozpoznawania kamieni przebiegała z marnym skutkiem. Z nerwów wrzuciłam obojętnie który kamyk do byle jakiego pudełeczka i o dziwo trafiłam (ach to szczęście).

Następnie pojechaliśmy specjalnym tramwajem do kopalni, aby odszukać skarb. Podobno dawno temu w tej kopalni pracował górnik, który nazywał się Max Winkler. Był tak przebiegły, że zabierał z kopalni złoto i chował je po różnych częściach sztolni ( pewnie połowa dzieciaków też by tak postąpiła). Niestety po jakimś czasie wszystko się wydało  i  Maxa skazano na karę śmierci. Przed wyrokiem zdążył sporządzić mapy, które miały na celu doprowadzić nas do skarbów.

 Tak więc ruszyliśmy za przewodnikiem, aby wykonać kolejne zadania. Musieliśmy przejść przez pajęczą sieć, która wyglądała jak laser. Okazało się że były to zwykłe sznurki a alarm to przywieszone do nich dzwonki. Niestety ja i koleżanka tego nie zauważyłyśmy i czołgałyśmy się po zimnej, mokrej, a co najgorsze brudnej podłodze jak rekruci w wojsku (coś czuję, że tych spodni i kurtki już nie dopiorę).

Nie obyło się  też bez gry zespołowej. Polegała ona na tym, aby wydostać pomarańczowe, plastikowe jajo z podłużnego, szklanego naczynia poprzez wlewanie do niego wody. Zadanie na pozór wydawało się łatwe lecz wcale nie było. Okazało się, że naczynie jest dziurawe i woda z niego ucieka. Trzeba było zatkać palcami wszystkie otwory, aby wydostać to jajko. Oczywiście jak na złość tylko ja się tą wodą oblałam , bo nie zauważyłam jeszcze jednego otworu. Kiedy wspólnymi siłami je wydostaliśmy, był w nim bilet powrotny na powierzchnię.

Po wyjściu z kopalni obejrzeliśmy pokaz wyrabiania monet. Każdy z nas dostał pamiątkową monetę z napisem ZŁOTY STOK. Potem przewodnik zabrał nas do sztolni Gertruda. Po drodze opowiadał nam jej historię, która brzmi tak :

 

Dawno ,dawno temu w kopalni doszło do zasypania ścieżek, na której  pracowali czterej górnicy. Właściciel kopalni uznał, że akcja ratunkowa w ogóle się nie opłaca i nie kazał szukać zaginionych. Wtedy Gertruda – żona jednego z górników postanowiła odnaleźć ,,na własną rękę” swojego męża. Niestety i ona nie wyszła z kopalni. Minęło wiele lat i znów zdarzyła się podobna sytuacja. Górnicy błądzili i nie mogli znaleźć wyjścia. Nagle usłyszeli w jednym z chodników czyjeś kroki. Zaczęli biec w stronę skąd dobiegały odgłosy i wtedy znaleźli drogę na powierzchnię. Po tej przygodzie stwierdzili, że dobry duch Gertrudy dalej tam jest i pomaga zagubionym znaleźć drogę.

 

 Patrzyłam na wykute korytarze,  myśląc, czy to prawda i czy naprawdę,  aż tak niebezpieczna jest praca górnika. Przewodnik tak ciekawie opowiedział nam tę historię, że nie zauważyliśmy, kiedy byliśmy już na miejscu. Stanęliśmy przy stole w pracowni alchemika. Przewodnik, czyli pan Wojtek dał nam cztery pudełeczka z białymi proszkami. Wszystkie wyglądały tak samo ale każda miała inny zapach i smak. Musieliśmy odgadnąć co w nich jest. Był tam : budyń, mąka ziemniaczana i pszenna oraz najgorsza w smaku- SODA. Jeszcze przez pięć minut miałam ten ohydny smak sody w ustach.

Potem poszliśmy na jedną z najlepszych atrakcji czyli spływ łódką. Była to łódź piętnastoosobowa o milutkiej nazwie Titanic (mieliśmy się bać?). Podpłynęliśmy nią z pół kilometra i znaleźliśmy kratę przymocowaną do ściany na której wisiały klucze. Mieliśmy jedno zadanie : znaleźć ten pasujący do obrazka, na którym odrysowany był kontur naszego klucza. Łódka leciutko się kołysała, przez co Kasia wystraszyła się i upuściła kask do wody (potem cała woda z kasku wylądowała na mnie - nic nowego). Po szybkim odnalezieniu klucza przeszliśmy do chodnika śmierci, gdzie znajdowała się skrzynia. Trzeba było otworzyć ją za pomocą przed chwilą odnalezionego klucza. Nagle usłyszałam ogromny pisk (reakcja na przeraźliwe pojękiwania duchów zamieszkujących sztolnię, czyt. Odgłos z głośników doczepionych obok szkieletu z gipsu). Pani próbowała wyciągnąć klucz, ale nigdzie go nie było. Musieliśmy wrócić do Titanica i go poszukać. Znaleźliśmy go na podłodze. Najprawdopodobniej spadł na podłogę, a nie do torby i nie zauważyliśmy tego, bo było ciemniej niż w kinie.

Po tej przygodzie wyszliśmy na powierzchnię, by wykonać dwa najtrudniejsze i ostatnie zadania. Pan Wojtek zaprowadził nas do wielkiej sali w której na samym środku powieszony był wielki labirynt. Znów musieliśmy wykazać się współpracą. Zadanie polegało na przemieszczeniu kuli z jednego końca labiryntu na drugi. Na szczęście wspólną pracą udało nam się to wykonać, patrząc też na to, że przez przypadek zatrzymaliśmy ręką kulę, kiedy zbliżała się do dziury (tak odruchowo).

Ostatnim zadaniem okazało się strzelanie z łuku. Każdy mógł oddać dwa strzały. Pani zapisywała punkty (podejrzanie najwięcej wyników było z cyfrą 2 ). Ja oczywiście nie trafiłam SPECJALNIE w tarczę,  bo strzelałam po prostu w królika, który siedział obok na ziemi (każda wymówka jest w tej chwili dobra). Oddaliśmy przewodnikowi nasze zdobyte przedmioty i usiedliśmy koło restauracji pod parasolami, czekając na pozostałe grupy i werdykt, która grupa wygrała.

 Wygrała grupa pani Ali, lecz ja twierdzę, że najzdolniejszą grupą była nasza (nie każdy ma talent do gubienia kluczy kiedy jest się święcie przekonanym że są one w torbie). Na koniec ta sama pani przewodnik która rozpoczynała zabawę wręczyła nam dyplomy, a pani Bronia zrobiła nam pamiątkowe zdjęcie. Z wielkim bólem serca (i pozostałych mięśni) wróciliśmy autokarem do Lewina Brzeskiego. Tej wycieczki na pewno długo nie zapomnę, dlatego że są dorośli, którzy wiedzą, jak zainteresować dzieci historią i sprawić im frajdę (a może też i dlatego że mam dobrą pamięć ?).

 

 

Anna Domagała

 

 

DSCF3943.jpeg DSC_1834.jpeg DSCF3917.jpeg

DSCF3920.jpeg DSCF3902.jpeg DSCF3897.jpeg

DSCF3881.jpeg DSCF3872.jpeg DSCF3871.jpeg

DSCF3861.jpeg DSC_1848.jpeg DSC_1852.jpeg

DSC_1824.jpeg DSCF3925.jpeg DSC_1812.jpeg

DSC_1801.jpeg